Krótkie strasznie, wiem. Mam nadzieję, że się spodoba, da do myślenia.
Zapraszam do opinii i komentarzy.
P.S
Jest to moja praca na miniatury literackie, umieszczałam ją już w jednym z moich opowiadań, ale mam nadzieję, że w takiej wersji też przypadnie komuś do gustu.
Enjoy.
*****
-Nic. Spadło z szafy i potoczyło się po podłodze. Uderzyło o kant biurka i popłynęło dalej niesione na skrawkach naszych wspomnień. Wspólnych chwil i rozczarowań.
Jestem nikim. Nic mnie nie rani, nic nie wzrusza. Odleciałam w przestworza bezmyślnej namiętności tamtych lat.
Nic. Jest pełne nadziei. Przypomina mi nas. Takich szczęśliwych, głupich a zarazem tak mądrych i obeznanych w trudnej sztuce przetrwania.
Czasem dopadają mnie słowa. Jak bardzo bym chciała się ich pozbyć. Może nawet je zabić. Zagłuszyć krzykiem beznamiętnym jak ja. Taka pusta ale w tej samej chwili pełna uczuć.
Myśl. Myślę o niczym. Wypełnia mnie niezdefiniowana chęć życia.
Nic. Cierpi na bezsenność. Siedzi godzinami przy oknie. Co planuje? Na co czeka? Dlaczego nie może spać?
Sen. Śnię o niczym. Urywki koszmaru wkradły się do moich snów i zawładnęły nimi. Tak brutalnie. Wtargnęły bez pukania i niszcząc wszystko na swojej drodze dotarły do mnie.
Słowo. Boli bardziej niż najgłębsza rana. Nie rań mnie już. Proszę.
Nic. Też potrafi cierpieć. Jego cierpienie objawia się jako te powolne jęki ciszy podczas konwersacji z tobą. Niby takie swawolne i oddane, lecz w głębi duszy zagubione.
Nic. Dlaczego krwiawi? Kolejny raz skrzywdzone przez Słowo. Widzisz jak niszczysz wszystko wokół ciebie? Może tego chciałeś, to twoje skryte pragnienie. Płomienie pożerają Nic swoimi pieszczotliwymi językami nienawiści.
Zastanawiałeś się kiedyś co czuje Nic?
Potrzebujesz miłości. Nic ci już nie pomoże. Nic nie będzie patrzeć jak umierasz w samotności, na którą sam zapracowałeś. Jesteś taki słaby.
Nic też było słabe. Urosło w siły jak ujrzało swojego oprawce w ramionach krzyku i rozpaczy.
Też to widzę. Wiesz jak się teraz czuję? Jestem szczęśliwa. Myślami błądzę w odmentach twojego umysłu i widzę tą samą pustkę co była we mnie.
Nic już się nie boi. Jest tak samo odważne i pełne wigoru jak ty byłeś.
Kiedy Nic spadnie? Potoczy się znów po podłodze i zepchnięte w kąt pozostanie zapomniane? Czy Nic dalej jest tak słabe jak ty?
Nie widzisz go? Jest przy tobie zawsze gdy zadajesz mi cios i pokornie wchłania twoją agresje. Kiedyś przestanie. Wtedy Nic ci nie zostanie...-przerwała swój wywód pełen psychodelicznych sformułowań i zawiłych fraz-Koniec już na dziś.- pomyślała odkładając tabletki do szafki z lekami. Tam gdzie ich miejsce.
środa, 27 sierpnia 2014
"No one ever said it will be so hard” Część pierwsza.
Kochani! Mam nadzieję, że się Wam spodoba pierwsze opowiadanie na tym blogu. To akurat będzie miało jeszcze jedną część, ale nie mam pojęcia czy każda zamieszczana tutaj praca będzie podzielona na parę części.
Zapraszam do komentowania i wyrażania wszelkich opinii.
****
Nie mogła uwierzyć w to co się działo tuż przed jej oczami. To nie było możliwe, przecież nie widziała go tyle czasu, to nie mógł być on. A jednak stał przed nią z tym swoim zawadiackim uśmiechem wypisanym na ustach. Między nimi zawisło tyle niewypowiedzianych słów, że przytłaczały ją bardziej niż te, które ponad rok temu krzyczeli sobie w twarz.
Mogę się dosiąść?- zapytał cicho, zbyt cicho, ale ona usłyszała.
Jak musisz...- zdobyła się na znikomą obojętność, choć wiedziała, że jego tak łatwo nie oszuka. Za bardzo ją znał.
Pech chciał, że cały autobus był zapełniony ludźmi, a jedyne wolne miejsce znajdowało się właśnie obok niej. Kolejną złą wiadomością było to, że osoba, której nie chciała spotkać bardziej niż kogokolwiek innego musiała wracać tą samą trasą oraz tym samym środkiem transportu.
Rozsiadł się i spojrzał na nią z lekką dozą... Nieśmiałości? Czyżby się jej bał? Tego co może zrobić, powiedzieć? Nie miała pojęcia dlaczego, ale to ona chyba była najbardziej zaniepokojoną osobą w okolicy.
Starała się ignorować te wszystkie spojrzenia, które ukradkiem jej rzucał. Wytrzymała pierwszą godzinę, reszta podróży minęła jej zupełnie inaczej niż zaplanowała...
****
Co tam u ciebie słychać?- zagaił z udawaną swobodą.
Ciszę.
Widzę, że się nie zmieniłaś...
Ty za to bardzo.- dodała ciszej. Z odległości pięćdziesięciu kilometrów można było wyczuć sztuczność tej rozmowy, lecz nie wiedzieć czemu dalej ją ciągnęli.
Eh..- westchnął cicho.- Wiesz co? Zerwałem z Alice.
Rychło w czas- pomyślała, ale na głos wypowiedziała zupełnie inne słowa.- Shannon, naprawdę myślisz, że mnie to obchodzi. Trochę za długo się zbierałeś, nie sądzisz?
Myślałem, że...
Co myślałeś? Że z miejsca rzucę się tobie na szyje i będziemy żyć długo i szczęśliwie? Jak za dawnych czasów? One minęły i nie wrócą, zresztą na twoje własne życzenie.
To nie było tak.
A jak?- gotowała się w środku z wściekłości, ale za nic nie chciała mu dać satysfakcji, że wciąż wywołuje w niej tak silne uczucia.
Dobrze wiesz jak. Cass, rozmawialiśmy na ten temat tyle razy...
To po co do cholery go po raz kolejny zaczynasz? Poza tym, nie masz prawa tak do mnie mówić.- odpowiedziała dużo chłodniej niż planowała. Coraz bardziej się otwierała, była na zie ie tak zła, że mimowolnie zagryzła wargę aż do krwi.
Nie możemy choć raz porozmawiać jak cywilizowani ludzie?- zapytał prawie szeptem. No tak, troska o wizerunek była dla niego na pierwszym miejscu. Przepraszam, na drugim. Zaraz po rozbuchanym ego.
Problem w tym, że z tobą się nie da inaczej niż tak jak teraz.- odburknęła jak małe, obrażone dziecko.
Słuchaj, jak nie chcesz sobie wszystkiego wyjaśnić raz a dobrze i żyć w ciągłej złości to proszę bardzo. Ja próbowałem.
Zabawne, prawda?- powiedziała cicho, co wywołało jego pytający wzrok skierowany w jej stronę.- Punkt dla mnie.- pomyślała.- To jak przy każdej możliwej okazji próbujesz zrobić z siebie tego niewinnego i poszkodowanego.
Zabolało.
Miało.- oznajmiła butnie i odwróciła się w stronę okna. Jeszcze tylko osiem godzin. Wytrzymam jakoś- próbowała dodać sobie jakiejkolwiek otuchy, ale nic nie pomagało.
****
Jak to nie możesz po mnie przyjechać?!- prawie, że krzyknęła do słuchawki. Oczywiście, nie uszło to uwadze towarzyszącego jej Shannona.- Jesteś moim chłopakiem.... Co? Jak uważasz. Nie, nie wcale nie jest mi przykro. Szkoda tylko, że nie masz wystarczająco odwagi, aby powiedzieć mi to w twarz.-rozłączyła się i wrzuciła telefon do torby o wiele mocniej niż zamierzała.
Szukasz podwózki?- zagaił, ale został kompletnie zignorowany przez sapiącą z wściekłości dziewczynę.- Jak nie to nie...
****
Wysiadła wreszcie i odetchnęła chłodnym powietrzem Los Angeles. To był jej dom i nie potrafiła temu w żaden sposób zaprzeczyć. Wizyta u przyjaciółki bardzo ją podbudowała na duchu, ale bardzo cieszyła się z powrotu do miejsca, w którym zawsze chciała żyć. Niestety, jak to zazwyczaj bywa, to wszystko wydawało się być zbyt piękne, aby było prawdziwe.
Po chwili (zdecydowanie za krótkiej) stał tuż obok niej i wpatrywał się w daleki punkt nad ich głowami.
Dla osoby przechodzącej obok mogliby wydawać się idealnie do siebie dobrani. On- wyższy od niej, jego ręka mogła idealnie opleść jej ciało w pasie bez większych problemów. Ona- wyglądała jak osoba specjalnie stworzona do tego, aby skradać mu pocałunki. Wystarczyło tylko żeby uniosła głowę i już trafiała na jego usta. Wspaniała para, nieprawdaż?
Deszcz pada.- stwierdził dość odkrywczo. Nie czekając na ruch z jej strony ściągnął swoją kurtkę z kapturem i spokojnie założył na jej plecy, tak że kręcone włosy były chronione przed kroplami spadającymi na nich z coraz większą siłą.
Zabierz to ode mnie.- warknęła cicho nie mogąc ściągnąć kurtki własnymi siłami przez walizki spoczywające w jej dłoniach.
Jak tak prosisz...- zaśmiał się i już trzymał bagaż dziewczyny w rękach.
Shannon...- powiedziała prawie bezgłośnie. Sama nie wiedziała co chciała przekazać w tej wypowiedzi. Wmawiała sobie, że chodziło o złość, ale w głębi duszy wiedziała, że to było westchnienie wdzięczności.
Pamiętam, że nie możesz za dużo dźwigać, aż taki okropny nie jestem.- mruknął i ruszył w stronę swojego auta nie zważając na protesty biegnącej za nim Cassie. Jeśli chciał, aby jego plan się powiódł nie mógł zważać na jej komentarze, które prawdę mówiąc bolały bardziej niż gdyby powiedział je ktoś inny.
Nie przekonasz mnie do siebie, nie po tym co przeszliśmy.- to zdanie było ostatnim, które dała radę z siebie wydusić, bo mężczyzna miał dość skuteczny sposób na uciszenie jej.
****
Cofnął się w jej kierunku i spojrzał w czarne, pełne emocji oczy. Próbował walczyć z pokusą kolejnego dotknięcia jej ust od kiedy tylko zobaczył ją w autobusie. Skupioną, zamyśloną jak zwykle. Z charakteru nie zmieniła się ani trochę, za to z wyglądu dużo bardziej. Schudła, miał wrażenie, że cały ten rok jadła jedną marchewkę dziennie i nic więcej. W głębi duszy wiedział, że to po części przez niego. Przez to jak bardzo ją zranił. Wiedział o tym. Ba! Codziennie pluł sobie w twarz za to co zrobił. Teraz miał okazje choć trochę to zmienić, więc korzystał póki mógł.
Nie mogła uwierzyć w to co się działo tuż przed jej oczami. To nie było możliwe, przecież nie widziała go tyle czasu, to nie mógł być on. A jednak stał przed nią z tym swoim zawadiackim uśmiechem wypisanym na ustach. Między nimi zawisło tyle niewypowiedzianych słów, że przytłaczały ją bardziej niż te, które ponad rok temu krzyczeli sobie w twarz.
Mogę się dosiąść?- zapytał cicho, zbyt cicho, ale ona usłyszała.
Jak musisz...- zdobyła się na znikomą obojętność, choć wiedziała, że jego tak łatwo nie oszuka. Za bardzo ją znał.
Pech chciał, że cały autobus był zapełniony ludźmi, a jedyne wolne miejsce znajdowało się właśnie obok niej. Kolejną złą wiadomością było to, że osoba, której nie chciała spotkać bardziej niż kogokolwiek innego musiała wracać tą samą trasą oraz tym samym środkiem transportu.
Rozsiadł się i spojrzał na nią z lekką dozą... Nieśmiałości? Czyżby się jej bał? Tego co może zrobić, powiedzieć? Nie miała pojęcia dlaczego, ale to ona chyba była najbardziej zaniepokojoną osobą w okolicy.
Starała się ignorować te wszystkie spojrzenia, które ukradkiem jej rzucał. Wytrzymała pierwszą godzinę, reszta podróży minęła jej zupełnie inaczej niż zaplanowała...
****
Co tam u ciebie słychać?- zagaił z udawaną swobodą.
Ciszę.
Widzę, że się nie zmieniłaś...
Ty za to bardzo.- dodała ciszej. Z odległości pięćdziesięciu kilometrów można było wyczuć sztuczność tej rozmowy, lecz nie wiedzieć czemu dalej ją ciągnęli.
Eh..- westchnął cicho.- Wiesz co? Zerwałem z Alice.
Rychło w czas- pomyślała, ale na głos wypowiedziała zupełnie inne słowa.- Shannon, naprawdę myślisz, że mnie to obchodzi. Trochę za długo się zbierałeś, nie sądzisz?
Myślałem, że...
Co myślałeś? Że z miejsca rzucę się tobie na szyje i będziemy żyć długo i szczęśliwie? Jak za dawnych czasów? One minęły i nie wrócą, zresztą na twoje własne życzenie.
To nie było tak.
A jak?- gotowała się w środku z wściekłości, ale za nic nie chciała mu dać satysfakcji, że wciąż wywołuje w niej tak silne uczucia.
Dobrze wiesz jak. Cass, rozmawialiśmy na ten temat tyle razy...
To po co do cholery go po raz kolejny zaczynasz? Poza tym, nie masz prawa tak do mnie mówić.- odpowiedziała dużo chłodniej niż planowała. Coraz bardziej się otwierała, była na zie ie tak zła, że mimowolnie zagryzła wargę aż do krwi.
Nie możemy choć raz porozmawiać jak cywilizowani ludzie?- zapytał prawie szeptem. No tak, troska o wizerunek była dla niego na pierwszym miejscu. Przepraszam, na drugim. Zaraz po rozbuchanym ego.
Problem w tym, że z tobą się nie da inaczej niż tak jak teraz.- odburknęła jak małe, obrażone dziecko.
Słuchaj, jak nie chcesz sobie wszystkiego wyjaśnić raz a dobrze i żyć w ciągłej złości to proszę bardzo. Ja próbowałem.
Zabawne, prawda?- powiedziała cicho, co wywołało jego pytający wzrok skierowany w jej stronę.- Punkt dla mnie.- pomyślała.- To jak przy każdej możliwej okazji próbujesz zrobić z siebie tego niewinnego i poszkodowanego.
Zabolało.
Miało.- oznajmiła butnie i odwróciła się w stronę okna. Jeszcze tylko osiem godzin. Wytrzymam jakoś- próbowała dodać sobie jakiejkolwiek otuchy, ale nic nie pomagało.
****
Jak to nie możesz po mnie przyjechać?!- prawie, że krzyknęła do słuchawki. Oczywiście, nie uszło to uwadze towarzyszącego jej Shannona.- Jesteś moim chłopakiem.... Co? Jak uważasz. Nie, nie wcale nie jest mi przykro. Szkoda tylko, że nie masz wystarczająco odwagi, aby powiedzieć mi to w twarz.-rozłączyła się i wrzuciła telefon do torby o wiele mocniej niż zamierzała.
Szukasz podwózki?- zagaił, ale został kompletnie zignorowany przez sapiącą z wściekłości dziewczynę.- Jak nie to nie...
****
Wysiadła wreszcie i odetchnęła chłodnym powietrzem Los Angeles. To był jej dom i nie potrafiła temu w żaden sposób zaprzeczyć. Wizyta u przyjaciółki bardzo ją podbudowała na duchu, ale bardzo cieszyła się z powrotu do miejsca, w którym zawsze chciała żyć. Niestety, jak to zazwyczaj bywa, to wszystko wydawało się być zbyt piękne, aby było prawdziwe.
Po chwili (zdecydowanie za krótkiej) stał tuż obok niej i wpatrywał się w daleki punkt nad ich głowami.
Dla osoby przechodzącej obok mogliby wydawać się idealnie do siebie dobrani. On- wyższy od niej, jego ręka mogła idealnie opleść jej ciało w pasie bez większych problemów. Ona- wyglądała jak osoba specjalnie stworzona do tego, aby skradać mu pocałunki. Wystarczyło tylko żeby uniosła głowę i już trafiała na jego usta. Wspaniała para, nieprawdaż?
Deszcz pada.- stwierdził dość odkrywczo. Nie czekając na ruch z jej strony ściągnął swoją kurtkę z kapturem i spokojnie założył na jej plecy, tak że kręcone włosy były chronione przed kroplami spadającymi na nich z coraz większą siłą.
Zabierz to ode mnie.- warknęła cicho nie mogąc ściągnąć kurtki własnymi siłami przez walizki spoczywające w jej dłoniach.
Jak tak prosisz...- zaśmiał się i już trzymał bagaż dziewczyny w rękach.
Shannon...- powiedziała prawie bezgłośnie. Sama nie wiedziała co chciała przekazać w tej wypowiedzi. Wmawiała sobie, że chodziło o złość, ale w głębi duszy wiedziała, że to było westchnienie wdzięczności.
Pamiętam, że nie możesz za dużo dźwigać, aż taki okropny nie jestem.- mruknął i ruszył w stronę swojego auta nie zważając na protesty biegnącej za nim Cassie. Jeśli chciał, aby jego plan się powiódł nie mógł zważać na jej komentarze, które prawdę mówiąc bolały bardziej niż gdyby powiedział je ktoś inny.
Nie przekonasz mnie do siebie, nie po tym co przeszliśmy.- to zdanie było ostatnim, które dała radę z siebie wydusić, bo mężczyzna miał dość skuteczny sposób na uciszenie jej.
****
Cofnął się w jej kierunku i spojrzał w czarne, pełne emocji oczy. Próbował walczyć z pokusą kolejnego dotknięcia jej ust od kiedy tylko zobaczył ją w autobusie. Skupioną, zamyśloną jak zwykle. Z charakteru nie zmieniła się ani trochę, za to z wyglądu dużo bardziej. Schudła, miał wrażenie, że cały ten rok jadła jedną marchewkę dziennie i nic więcej. W głębi duszy wiedział, że to po części przez niego. Przez to jak bardzo ją zranił. Wiedział o tym. Ba! Codziennie pluł sobie w twarz za to co zrobił. Teraz miał okazje choć trochę to zmienić, więc korzystał póki mógł.
Wziął
głęboki oddech i złożył słodki, delikatny pocałunek na jej
ustach. Poczuł się wreszcie tak jak powinien, tak jak chciał od
dawien dawna.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)